Czasami wciaz jeszcze pojawiaja sie we mnie te obrazy sprzed, senne koszmary samej mnie. Lekkie zamglone kroki po brukowanych ulicach Lodzi, perkusja porankow ze stopami zakopanymi w piasku Gdanska, niechciane pocalunki rozsiane po wlosowatych ulicach Gdyni. Cala ja pojawiajaca sie w najrozniejszych miejscach polskiego czasu. Drobne, kosciste paluszki stworzone jedynie do grania na pianinie. Cala przezroczystosc akrylu kiedy pedzilam rano do pracy, cienkie dzwieki Crystal Method niewiadomo skad. Moje wysokie obcasy, wladcza czern kostiumu oniesmielajacego podwladnych. Skorzana teczka, kieliszki wina, zolte talerze, miedziana lampa, siwy wlos. Moje porzucenie.
Dobrze jest byc daleko.
Robie pieczen z jablkami i czerwonym winem z miejsca w ktorym posieje serce. I nie chce zebyscie kiedykolwiek, jakkolwiek do mnie wrocili.
środa, 4 sierpnia 2010
środa, 21 kwietnia 2010
Turbulento.
the days pass by and all of the silence I stole
I leave buried
the white paper and ink bear witness,
the days add, add, add
and subtract again
as long as I find it
I get carried away
if fate doesn't let me rest
because it doesn't know me
I'm confused by that mind they tend to harm
Turbulent sex loses me
The sound of sound loses me
the sound of you coming
the sound of me going
the sound of your cadence
the sound of how they are
when the hours become confused to the rhythm
marked by money
I come apart from my soul and just wait
when I wait I am desperate
and travel in entanglement
it's supposed to give me something to talk about
in conclusion, loving you
isn't the same as having you that having you isn't loving you and losing myself is my luck
that I live in the present
and the present is suddenly
fixed by you know what
from life until death
what else is sold if its her body
she gets carried away
what more untruths besides contempt
she gets carried away
what more gifts besides an "I love you" more eternal than silence
more sincere than the act of getting carried away
I leave buried
the white paper and ink bear witness,
the days add, add, add
and subtract again
as long as I find it
I get carried away
if fate doesn't let me rest
because it doesn't know me
I'm confused by that mind they tend to harm
Turbulent sex loses me
The sound of sound loses me
the sound of you coming
the sound of me going
the sound of your cadence
the sound of how they are
when the hours become confused to the rhythm
marked by money
I come apart from my soul and just wait
when I wait I am desperate
and travel in entanglement
it's supposed to give me something to talk about
in conclusion, loving you
isn't the same as having you that having you isn't loving you and losing myself is my luck
that I live in the present
and the present is suddenly
fixed by you know what
from life until death
what else is sold if its her body
she gets carried away
what more untruths besides contempt
she gets carried away
what more gifts besides an "I love you" more eternal than silence
more sincere than the act of getting carried away
sobota, 17 kwietnia 2010
Dziś.
Dzisiaj zadajemy trudne pytania, powiedziała, i się uśmiechnęła.
Chcesz umrzeć z miłości?
< wyciąga dłoń >
Chcesz umrzeć z miłości?
< wyciąga dłoń >
czwartek, 15 kwietnia 2010
Czas.
Czasami jest tak, że ledwie się odzywasz. Czasami bywa tak, że ledwo daję radę dostrzec niebo. Ja wiem co zrobiłeś. Codziennie patrzę w pustynię. Powoli już kocham wymarłe piękno połyskującego piasku.
Wiedza to balast, którego nienawidzisz, i który cenisz bardziej niż cokolwiek na świecie. Ty będziesz miał dziecko, w które będziesz chciał zapisać całą swoją wiedzę, jak w kalkę, jak w dysk twardy. Tylko po to stworzysz. Zero-jedynkowo.
A potem zobaczysz, że się pomyliłeś.
Te komputery też są wadliwe.
< Zaplata palce w oczekiwaniu. Koronkowo, jak w geście ostatniej dojrzałości. >
Wiedza to balast, którego nienawidzisz, i który cenisz bardziej niż cokolwiek na świecie. Ty będziesz miał dziecko, w które będziesz chciał zapisać całą swoją wiedzę, jak w kalkę, jak w dysk twardy. Tylko po to stworzysz. Zero-jedynkowo.
A potem zobaczysz, że się pomyliłeś.
Te komputery też są wadliwe.
< Zaplata palce w oczekiwaniu. Koronkowo, jak w geście ostatniej dojrzałości. >
środa, 14 kwietnia 2010
Jasność.
< koci uśmiech > oblizuje palce ociekające sokiem z pomarańczy, kończącym się na czubku języka cierpkawym smakiem łapczywego miąższu. W mojej głowie zawitało spienione lato, dobrobyt słońca, napuszone zboża, ociężałe purpurą maliny.
Coś pękło z wielkim zgrzytem, zerwana struna uciekła w powietrze jak jedwabny szal.
Już będzie dobrze. Już będą dobre budyniowe historie na dobranoc, choć do wanilii nie wrócę już nigdy.
Czai się we mnie prawdziwa ja. Czekam z uśmiechem aż wróci.
Jutro zdejmują mi szwy.
< nieśmiałość >
Coś pękło z wielkim zgrzytem, zerwana struna uciekła w powietrze jak jedwabny szal.
Już będzie dobrze. Już będą dobre budyniowe historie na dobranoc, choć do wanilii nie wrócę już nigdy.
Czai się we mnie prawdziwa ja. Czekam z uśmiechem aż wróci.
Jutro zdejmują mi szwy.
< nieśmiałość >
niedziela, 11 kwietnia 2010
Blizny.
Czy można wypruć z siebie gniew? Głębokim ściegiem usunąć wszystkie żyły i chrząstki w skórze pełnej do Ciebie nienawiści?
Chcę żeby wypłynął ze mnie w końcu wściekłą rzeką, bryzgając ściany i mnie samą aż po kolana, jak w momencie sikania pod prysznicem. Ból kontrolowany przeze mnie samą nie będzie tak bolesny, jak wtedy, kiedy rozłożoną na stole tną mnie oni. Krew będzie gorąca, a nie omdlewająca jak wtedy, kiedy cieknie mi omdlewającą strużką po plecach, stygnąc powoli w chłodnym powietrzu ambulatorium, przyprawiając o mdłości. Nikt nie założy mi niebieskich szwów, których będę wstydzić się już całe życie.
Dwa tysiące dziesiąty rok nienawiści. Samoloty lecą z nieba, ciało pokrywa się swędzącymi pęcherzami, żołądek jest kulą ognia a organy mające dać owoc gniją. Ludzie odmawiają sobie miłości.
A Tych z których się śmiali, nazywają bohaterami. Wystarczy tylko umrzeć.
< noszę was na wierzchu, na ciele wypełnionym mlecznie przez wasze urągające członki. nikt już nie powinien się śmiać. >
Chcę żeby wypłynął ze mnie w końcu wściekłą rzeką, bryzgając ściany i mnie samą aż po kolana, jak w momencie sikania pod prysznicem. Ból kontrolowany przeze mnie samą nie będzie tak bolesny, jak wtedy, kiedy rozłożoną na stole tną mnie oni. Krew będzie gorąca, a nie omdlewająca jak wtedy, kiedy cieknie mi omdlewającą strużką po plecach, stygnąc powoli w chłodnym powietrzu ambulatorium, przyprawiając o mdłości. Nikt nie założy mi niebieskich szwów, których będę wstydzić się już całe życie.
Dwa tysiące dziesiąty rok nienawiści. Samoloty lecą z nieba, ciało pokrywa się swędzącymi pęcherzami, żołądek jest kulą ognia a organy mające dać owoc gniją. Ludzie odmawiają sobie miłości.
A Tych z których się śmiali, nazywają bohaterami. Wystarczy tylko umrzeć.
< noszę was na wierzchu, na ciele wypełnionym mlecznie przez wasze urągające członki. nikt już nie powinien się śmiać. >
sobota, 27 marca 2010
Poznanie.
"Nie myśl tyle, nie warto" powiedział, a ja po raz pierwszy naprawdę uniosłam na niego nieprzytomne oczy. Ciepły wzrok szaro piwnych oczu w otoczce siateczki uśmiechniętych zmarszczek. Długie włosy, lekko niedogolone policzki, dym z papierosa osiadający na zmęczonych rzęsach. "Tak patrzę na Ciebie, przyglądam się a Ty siedzisz tu w tłumie, uśmiechnięta ale zapatrzona do wewnątrz, siedzisz tu i tylko przebierasz bransoletki na dłoni. Nie rób, nie warto, i tak nie wyjdzie jak sobie zaplanujesz. Nie zastanawiaj się. Nie ma o co walczyć." Dookoła kręcił się oszołomiony tłum, perskie oczka latały w powietrzu a flamenco owijało się wokół powyginanych sylwetek.
Zajrzała głębiej pod gładkie brwi z opadającym na nie jednym siwym kosmykiem. Uśmiechnęła się, pierwszy raz szczerze podczas całego wieczoru.
"Ale ja muszę. To wypełnianie pustki wewnątrz mnie, dziur które są. To sposób na życie pomimo losu który mówi inaczej. Godzę się z tym, że niczego nie zmienię. Ale muszę wierzyć, że zrobiłam wszystko, co w mojej mocy."
Pokiwał głową. "Więcej szczęścia znajduje się w całkowitym pogodzeniu. Od kiedy ja się poddałem, wszystko układa mi się po mojej myśli. Jest spokój. Jest spełnienie."
Półuśmiech owinęła wokół jego uniesionego w górę nadgarstka. "Wiem. Wygrywać nie walcząc. Ale wiesz, ja w swojej walce to właśnie robię. Godzę się z przeznaczeniem."
< tęsknię za osobami które straciłam pozwalając Ci odejść nie poznawszy ich do końca >
Zajrzała głębiej pod gładkie brwi z opadającym na nie jednym siwym kosmykiem. Uśmiechnęła się, pierwszy raz szczerze podczas całego wieczoru.
"Ale ja muszę. To wypełnianie pustki wewnątrz mnie, dziur które są. To sposób na życie pomimo losu który mówi inaczej. Godzę się z tym, że niczego nie zmienię. Ale muszę wierzyć, że zrobiłam wszystko, co w mojej mocy."
Pokiwał głową. "Więcej szczęścia znajduje się w całkowitym pogodzeniu. Od kiedy ja się poddałem, wszystko układa mi się po mojej myśli. Jest spokój. Jest spełnienie."
Półuśmiech owinęła wokół jego uniesionego w górę nadgarstka. "Wiem. Wygrywać nie walcząc. Ale wiesz, ja w swojej walce to właśnie robię. Godzę się z przeznaczeniem."
< tęsknię za osobami które straciłam pozwalając Ci odejść nie poznawszy ich do końca >
Lilith.
Nocą pojawiłeś się we mnie jak moja druga twarz. Byłeś męski, gorący i miałeś jego oczy, duże, ciemne i błyszczące. Ludzie odsuwali się od ciebie jak koty wyczuwające wodę, a Ty obejmowałeś mnie paląc spojrzeniem czas dookoła. Nie wiem skąd pojawiła się w Tobie złość i ta ich konieczność poświęcenia Cię. Walczyłeś jak zacięta ziemia. Kochałam Cię wprost i przez przerażenie. Twoje czarne skrzydła, żelazne pazury i czerwieniejące piekielnie oczy, kiedy bryzgałeś ich krwią ziemię u mych stóp. A potem odwróciłeś się do mnie i znów byłeś łagodny. Wciąż czułam się człowiekiem, dopóki nie objęłam twojej zrogowaciałej czaszki opiekuńczymi dłońmi. Na krzyk spod skóry wysunęły Ci się noże tnąc drewno krokwi wspierających dach. Wiedziałam już, że wyrosły mi zęby i całkiem biała skóra.
A potem było wzgórze z widokiem na ocean nocnego miasta i nieckę zatoki ze wzburzoną wodą poniżej. Światła które tak bardzo chciałam Ci pokazać znikające przez przenikającą się historię. Przeszłość zajrzała nam w szatańskie oczy, poniżej tonął okręt w kipieli, siekący deszcz szarpał moje włosy a twoje ramiona mocniej zaciskały się na mojej szyi. W kaplicy obok był pożar, witraż przedstawiał rycerza walczącego ze smokiem, a w krypcie wewnątrz ja zabita twoimi ludzkimi wtedy rękoma. Wskrzeszoną kochałeś mnie tym bardziej.
Jak zwykle obserwowałam swoją śmierć.
< sny o demonach znów wyjadają mi duszę >
A potem było wzgórze z widokiem na ocean nocnego miasta i nieckę zatoki ze wzburzoną wodą poniżej. Światła które tak bardzo chciałam Ci pokazać znikające przez przenikającą się historię. Przeszłość zajrzała nam w szatańskie oczy, poniżej tonął okręt w kipieli, siekący deszcz szarpał moje włosy a twoje ramiona mocniej zaciskały się na mojej szyi. W kaplicy obok był pożar, witraż przedstawiał rycerza walczącego ze smokiem, a w krypcie wewnątrz ja zabita twoimi ludzkimi wtedy rękoma. Wskrzeszoną kochałeś mnie tym bardziej.
Jak zwykle obserwowałam swoją śmierć.
< sny o demonach znów wyjadają mi duszę >
niedziela, 21 marca 2010
Bezniebnie.
Czasem boję się, że uda się wam zabić całą tą słodycz którą jeszcze w sobie mam. Tak jakby ktoś poślinionym palcem zmazywał fiolety z nieba. Zawzięcie, uparcie, okrutnie, bezmyślnie. Tak jakby sprawiało wam to większą przyjemność niż wbijanie się pomiędzy uda.
Małe niedojrzałe rozkapryszone bachory. Chciałabym jedną taką znaleźć w sobie.
< Wiszę i dyndają mi nogi. Jedna czerwona szpilka spadła i naga stopa wygląda jakoś tak śmiesznie w czarnej kabaretce. Jeszcze tak sobie pomyślała: Któregoś dnia kiedy zobaczę coś, co mi was przypomina, czułość nie przypłynie. Odgroziła się. O. >
Małe niedojrzałe rozkapryszone bachory. Chciałabym jedną taką znaleźć w sobie.
< Wiszę i dyndają mi nogi. Jedna czerwona szpilka spadła i naga stopa wygląda jakoś tak śmiesznie w czarnej kabaretce. Jeszcze tak sobie pomyślała: Któregoś dnia kiedy zobaczę coś, co mi was przypomina, czułość nie przypłynie. Odgroziła się. O. >
poniedziałek, 15 marca 2010
Góra.
To już nie jest spadanie. Przestałam. Szeroko i boleśnie otwierając oczy kurczowo uczepiłam się szpikulca rzeczywistości i patrzę jak twarz zalewa mi rzeka krwi z poprzecinanych do żywego mięsa palców. Jest ostrzej, zimniej, i bardziej nieludzko niż sobie wyobrażałam.
Bardzo krzyczą i jeszcze bardziej oszukują.
Nocami wspina się po mięsistych pnączach do ciemnego pokoju i nie znajduje spokoju.
< wiesz jak to jest, ostro kolczaste szepty jak w masło przez jaźnie >
Bardzo krzyczą i jeszcze bardziej oszukują.
Nocami wspina się po mięsistych pnączach do ciemnego pokoju i nie znajduje spokoju.
< wiesz jak to jest, ostro kolczaste szepty jak w masło przez jaźnie >
poniedziałek, 1 marca 2010
KAT.
Schlałam się. Jak prosię. Jak czysta tandeta. Jak najtańsze wino. Jak zły dzień. Jak ich nagle zmięte twarze i moja całkowita bezradność.
Całe życie tak bardzo walczyła i zawsze była pewna, że nigdy nie zawiedzie. Pewna siebie, nie porysowana, twarda jak hartowane szkło, jak brudny diament, jak ostre zęby i nieprzejednana kariera.
Mam dwadzieścia pięć lat i życie połamane jak patyk.
Całe życie tak bardzo walczyła i zawsze była pewna, że nigdy nie zawiedzie. Pewna siebie, nie porysowana, twarda jak hartowane szkło, jak brudny diament, jak ostre zęby i nieprzejednana kariera.
Mam dwadzieścia pięć lat i życie połamane jak patyk.
sobota, 27 lutego 2010
Cykl.
Kiedy tak się zastanowić, faceci w moim życiu przychodzą i odchodzą jak miesiączka, nawet swoje zainteresowania ograniczając do tych samych partii we mnie. I są tak samo upierdliwi.
Albo bardziej. Kosztują znacznie więcej, niż podpaski. < marszczy brwi >
Albo bardziej. Kosztują znacznie więcej, niż podpaski. < marszczy brwi >
piątek, 26 lutego 2010
Piątek.
Dzień pachniał rozmrażanym moczem i krakaniem kruka.
A jej ślizgały się nogi kiedy zbierała części swojej metalowej osłonki na poboczu drogi.
< zgrzyt >
A jej ślizgały się nogi kiedy zbierała części swojej metalowej osłonki na poboczu drogi.
< zgrzyt >
niedziela, 21 lutego 2010
Stryczek.
Zapijam ból. Już trzecia butelka szkarłatności, a w piersi wciąż głaz rąbiący moje ciało na kawałeczki.
Podobno coś, co nie ma nazwy nie istnieje. Dlatego muszę się napisać w Twój świat. Wyryję się w nim choćby zębami. Ale Ty wciąż będziesz malował pod powiekami swoją Królową Śniegu.
Dlatego piję. Tak po prostu.
< odkrycia nie zawsze tworzą nowy świat. czasem tylko niszczą stary.>
Podobno coś, co nie ma nazwy nie istnieje. Dlatego muszę się napisać w Twój świat. Wyryję się w nim choćby zębami. Ale Ty wciąż będziesz malował pod powiekami swoją Królową Śniegu.
Dlatego piję. Tak po prostu.
< odkrycia nie zawsze tworzą nowy świat. czasem tylko niszczą stary.>
sobota, 13 lutego 2010
Mrrrau.
Gra którą prowadzę jest niebezpieczna i prowadzi donikąd. Jestem nią zmęczona, chciałabym przestać, ale los wciąż niestrudzenie układa mi palce w wykrzywiony wzór. Wypaczona rzeczywistość ściele się pomiędzy udami miękką jedwabną strugą, owijając się wokół szyi w wisielczy stryczek.
Wolałabym nie zawisnąć. Chociaż raz nie umierać.
Koty mają dziewięć żyć. Zazdrości im każdy idiota, bo nie musi dziewięć razy przeżywać własnej śmierci.
< samotnie. >
Wolałabym nie zawisnąć. Chociaż raz nie umierać.
Koty mają dziewięć żyć. Zazdrości im każdy idiota, bo nie musi dziewięć razy przeżywać własnej śmierci.
< samotnie. >
Subskrybuj:
Posty (Atom)
