Czasem jezcze pojawiasz się tuż na krawędzi moich warg. I szept jak upadły motyl wylatuje z ust - Proszę, opowiedz mnie jeszcze raz.
A potem patrzę w jej oczy i wiem, że to się nigdy nie stanie.
Zabiłam wszystkie swoje przeszłe ja. Z aż za dobrym skutkiem.
< wasze milczenia jak esperal, uzależnienie zaszyte w mojej skórze >
piątek, 30 marca 2012
środa, 29 lutego 2012
Czas.
Moje nagie ciało jest owinięte w miękki koc, ledwie po przebudzeniu, na granicy jawy i snu. W krainie spokojnego oddechu wsłuchuję się w jego głos, który mówi mi, że to co było to przeszłość, skończone, że nastaje dzień tylko spełnienia. On przeciera mnie z koszmaru, wciera mnie w rozkosz, w spokój orgazmów które przychodzą jak fale codziennego przypływu, nieokiełznanego ale wciąż znanego tak dobrze, ze można wytrwać do końca, aż woda zalewa ci oczy.
Czasem jednak, kiedy zauważam drobinki kurzu tańczące w słońcu, wciąż odnajduję w sobie strach. Jestem jak oblana wapnem, które mimo spłukania wciąż jest uwięzione w niezliczonych liniach mojej skóry. Patrząc z daleka nie sposób zauważyć tych włosowatych niteczek zaschniętej bieli, ale kiedy pada na mnie plamka w kolorze kurczęcia, widzę je zbyt wyraźnie. Im bardziej drapię je paznokciem, chcąc wyskrobać ich chorobliwą bladość z zagłębień mojego ciała, tym głębiej wbijam je w siebie, tym więcej pyłu wiruje w powietrzu, tym bardziej się krztuszę.
Prawdę mówiąc, cały czas kulę się w strachu. Obleczona nim jak kokonem wstrzymuję oddech i wiem, że wciąż czekam. Czekam, aż umrze pierwszy z moich kochanków. I drugi. I trzeci. I każdy kolejny. Boję się, że śmierć zabierze mi ich wszystkich, tych których kochałam zawsze dla nich za późno. Boję się jednak tej chwili, która mnie określi, słowem zbyt wulgarnym i zbyt jednoznacznym. Z trwogą wstrzymuję oddech przed momentem w którym zaczną odchodzić, każdy jeden znacznie przede mną. Śledzę wiec każdego z nich, zaglądam przez okna, słucham nocnych majaczeń. Pierwsza ze śmierci będzie linią czerwieni na moim ciele. Pierwsza widoczna blizna po pierwszym starcu którego objęłam jak ćma lecąca w ogień.
< na udach rozplotłam te chwile kiedy układałeś na mnie swoje wargi >
Czasem jednak, kiedy zauważam drobinki kurzu tańczące w słońcu, wciąż odnajduję w sobie strach. Jestem jak oblana wapnem, które mimo spłukania wciąż jest uwięzione w niezliczonych liniach mojej skóry. Patrząc z daleka nie sposób zauważyć tych włosowatych niteczek zaschniętej bieli, ale kiedy pada na mnie plamka w kolorze kurczęcia, widzę je zbyt wyraźnie. Im bardziej drapię je paznokciem, chcąc wyskrobać ich chorobliwą bladość z zagłębień mojego ciała, tym głębiej wbijam je w siebie, tym więcej pyłu wiruje w powietrzu, tym bardziej się krztuszę.
Prawdę mówiąc, cały czas kulę się w strachu. Obleczona nim jak kokonem wstrzymuję oddech i wiem, że wciąż czekam. Czekam, aż umrze pierwszy z moich kochanków. I drugi. I trzeci. I każdy kolejny. Boję się, że śmierć zabierze mi ich wszystkich, tych których kochałam zawsze dla nich za późno. Boję się jednak tej chwili, która mnie określi, słowem zbyt wulgarnym i zbyt jednoznacznym. Z trwogą wstrzymuję oddech przed momentem w którym zaczną odchodzić, każdy jeden znacznie przede mną. Śledzę wiec każdego z nich, zaglądam przez okna, słucham nocnych majaczeń. Pierwsza ze śmierci będzie linią czerwieni na moim ciele. Pierwsza widoczna blizna po pierwszym starcu którego objęłam jak ćma lecąca w ogień.
< na udach rozplotłam te chwile kiedy układałeś na mnie swoje wargi >
piątek, 9 grudnia 2011
Początki.
Wymiana grzeczności, kilku dokumentów. Nie muszę patrzeć na jego twarz, żeby wiedzieć, że na mnie patrzy. Podobno zakres widzenia u kobiety jest o 40% większy niż u mężczyzny. Teraz jednak nie potrzebuję nawet tego.
Moje dwa zdania już zawładnęły jego umysłem. Mężczyzna zamknięty w układzie sił wymuszonym sytuacją. W strategicznym zamyśleniu wyglądam za okno, a cała jego postawa krzyczy do mnie, że właśnie zacisnął szczęki. Ten drobny ruch, uwypuklający jego pierwotną męskość sprawia, że mimowolnie wypełniona nagłym spazmem gorąca automatycznie naprężam uda. On nieświadomie pochyla się do przodu.
Uprzejmie zasłuchana, wracam wzrokiem do jego umięśnionej postaci, nieświadomej zapachu który właśnie zaczął wydzielać. Zakładam nogę na nogę, lekki szelest pończoch, niemal namacalny w powietrzu, dochodzący do jego uszu pomimo dzwonku telefonów, zgrzytu kopiarek. On rozkłada kolana, stopy kątem ostrym celującym w moje podbrzusze, nagle niepewny pochyla głowę, przez całą szerokość stołu podając dokumenty. Nadgarstek do góry? uśmiecham się, myśl o gejszy zachęcającej pretendenta do erotycznej walki.
Pogoń się rozpoczęła.
Moje dwa zdania już zawładnęły jego umysłem. Mężczyzna zamknięty w układzie sił wymuszonym sytuacją. W strategicznym zamyśleniu wyglądam za okno, a cała jego postawa krzyczy do mnie, że właśnie zacisnął szczęki. Ten drobny ruch, uwypuklający jego pierwotną męskość sprawia, że mimowolnie wypełniona nagłym spazmem gorąca automatycznie naprężam uda. On nieświadomie pochyla się do przodu.
Uprzejmie zasłuchana, wracam wzrokiem do jego umięśnionej postaci, nieświadomej zapachu który właśnie zaczął wydzielać. Zakładam nogę na nogę, lekki szelest pończoch, niemal namacalny w powietrzu, dochodzący do jego uszu pomimo dzwonku telefonów, zgrzytu kopiarek. On rozkłada kolana, stopy kątem ostrym celującym w moje podbrzusze, nagle niepewny pochyla głowę, przez całą szerokość stołu podając dokumenty. Nadgarstek do góry? uśmiecham się, myśl o gejszy zachęcającej pretendenta do erotycznej walki.
Pogoń się rozpoczęła.
wtorek, 2 sierpnia 2011
wtorek, 7 czerwca 2011
środa, 1 czerwca 2011
Bezkrzyk.
Czasami za nia tesknie. Kiedy trzeba wstac i wyjsc. Kiedy trzeba oczy niesc wysoko, a slowa wyrzucac w powietrze z szybkoscia armaty konczacej sie salwa smiechu. Kiedy trzeba rozgrzac ich do nieprzytomnosci i oblakanych oczu. Kiedy maja ocierac sobie usta proponujac.
Jestem miekka i czysta jak wosk, nabrzmialy cieplem na opuszkach palcow. W palcach ogrebiam klucze, drobinki pieprzu i beztajemniczosc. Ojjojoj, kiwa na mnie ostrzegawczym palcem kiedy przez przypadek za mocno sie zaslucham.
Pamietam jak przychodzila rwac powietrze, darla je na szmaty i rozedrgane polacie tlenu skwierczace jak na patelni. Samym spojrzeniem tak umiala.
Chyba, ze jej zalezalo.
< noca slucham jak krazy pod drzwiami, jak pies weszacy krew >
Jestem miekka i czysta jak wosk, nabrzmialy cieplem na opuszkach palcow. W palcach ogrebiam klucze, drobinki pieprzu i beztajemniczosc. Ojjojoj, kiwa na mnie ostrzegawczym palcem kiedy przez przypadek za mocno sie zaslucham.
Pamietam jak przychodzila rwac powietrze, darla je na szmaty i rozedrgane polacie tlenu skwierczace jak na patelni. Samym spojrzeniem tak umiala.
Chyba, ze jej zalezalo.
< noca slucham jak krazy pod drzwiami, jak pies weszacy krew >
poniedziałek, 14 marca 2011
Zastanowienie.
"jesteś tam?"
Wyciagasz do mnie dlon. Jeden z tak wielu nieistotnych ludzi. Patrze na nia startymi oczyma. Kiedys Ty naplules mi w moja. Podalam ja wtedy, alabastrowo czysta, dalej niz teraz Polska. Pozniejsze wybaczenie tez ofiarowywalam zbyt lekko, nieswiadoma wartosci jaka za soba niesie. Dla Was.
Chec zemsty z cala jej ostra, kamienna wartoscia jest nowa.
Jestes mi do niczego. Chlopczyku.
< Po rzesy odrodzonych oczu utopiona w rozpuscie smakow >
Wyciagasz do mnie dlon. Jeden z tak wielu nieistotnych ludzi. Patrze na nia startymi oczyma. Kiedys Ty naplules mi w moja. Podalam ja wtedy, alabastrowo czysta, dalej niz teraz Polska. Pozniejsze wybaczenie tez ofiarowywalam zbyt lekko, nieswiadoma wartosci jaka za soba niesie. Dla Was.
Chec zemsty z cala jej ostra, kamienna wartoscia jest nowa.
Jestes mi do niczego. Chlopczyku.
< Po rzesy odrodzonych oczu utopiona w rozpuscie smakow >
niedziela, 21 listopada 2010
Nietykalnosc.
W miejscu w ktorym jezyk ma cztery tony moj glos brzmi zaskakujaco melodyjnie. Zdziwiona zaledwie odrobine szubuje na ogonie latawca. Bywa, ze uczepiona samego koniuszka wciaz czuje sie jak sztabka olowiu. Wybaczanie jest butelka francuskiego wina schowana za szyba. Czasem przeciagam poslinionym palcem po szkle. Czekam az dojrzeje.
Ja mam juz ostatnie zycie do przebiegniecia. Owinieta w szale, miekkie spojrzenia, rozmruczane pozadanie. Moja duma na wysokich obcasach z perfekcyjnym manicure. Bezpieczenstwo ma smak orientu, zapach chleba, sytosc sera. Starzenie sie tym razem wyglada kolorowo.
Niose wlasna kobiecosc czerwieniejaca mi do srodka.
Ja mam juz ostatnie zycie do przebiegniecia. Owinieta w szale, miekkie spojrzenia, rozmruczane pozadanie. Moja duma na wysokich obcasach z perfekcyjnym manicure. Bezpieczenstwo ma smak orientu, zapach chleba, sytosc sera. Starzenie sie tym razem wyglada kolorowo.
Niose wlasna kobiecosc czerwieniejaca mi do srodka.
środa, 4 sierpnia 2010
Porzucenie.
Czasami wciaz jeszcze pojawiaja sie we mnie te obrazy sprzed, senne koszmary samej mnie. Lekkie zamglone kroki po brukowanych ulicach Lodzi, perkusja porankow ze stopami zakopanymi w piasku Gdanska, niechciane pocalunki rozsiane po wlosowatych ulicach Gdyni. Cala ja pojawiajaca sie w najrozniejszych miejscach polskiego czasu. Drobne, kosciste paluszki stworzone jedynie do grania na pianinie. Cala przezroczystosc akrylu kiedy pedzilam rano do pracy, cienkie dzwieki Crystal Method niewiadomo skad. Moje wysokie obcasy, wladcza czern kostiumu oniesmielajacego podwladnych. Skorzana teczka, kieliszki wina, zolte talerze, miedziana lampa, siwy wlos. Moje porzucenie.
Dobrze jest byc daleko.
Robie pieczen z jablkami i czerwonym winem z miejsca w ktorym posieje serce. I nie chce zebyscie kiedykolwiek, jakkolwiek do mnie wrocili.
Dobrze jest byc daleko.
Robie pieczen z jablkami i czerwonym winem z miejsca w ktorym posieje serce. I nie chce zebyscie kiedykolwiek, jakkolwiek do mnie wrocili.
środa, 21 kwietnia 2010
Turbulento.
the days pass by and all of the silence I stole
I leave buried
the white paper and ink bear witness,
the days add, add, add
and subtract again
as long as I find it
I get carried away
if fate doesn't let me rest
because it doesn't know me
I'm confused by that mind they tend to harm
Turbulent sex loses me
The sound of sound loses me
the sound of you coming
the sound of me going
the sound of your cadence
the sound of how they are
when the hours become confused to the rhythm
marked by money
I come apart from my soul and just wait
when I wait I am desperate
and travel in entanglement
it's supposed to give me something to talk about
in conclusion, loving you
isn't the same as having you that having you isn't loving you and losing myself is my luck
that I live in the present
and the present is suddenly
fixed by you know what
from life until death
what else is sold if its her body
she gets carried away
what more untruths besides contempt
she gets carried away
what more gifts besides an "I love you" more eternal than silence
more sincere than the act of getting carried away
I leave buried
the white paper and ink bear witness,
the days add, add, add
and subtract again
as long as I find it
I get carried away
if fate doesn't let me rest
because it doesn't know me
I'm confused by that mind they tend to harm
Turbulent sex loses me
The sound of sound loses me
the sound of you coming
the sound of me going
the sound of your cadence
the sound of how they are
when the hours become confused to the rhythm
marked by money
I come apart from my soul and just wait
when I wait I am desperate
and travel in entanglement
it's supposed to give me something to talk about
in conclusion, loving you
isn't the same as having you that having you isn't loving you and losing myself is my luck
that I live in the present
and the present is suddenly
fixed by you know what
from life until death
what else is sold if its her body
she gets carried away
what more untruths besides contempt
she gets carried away
what more gifts besides an "I love you" more eternal than silence
more sincere than the act of getting carried away
sobota, 17 kwietnia 2010
Dziś.
Dzisiaj zadajemy trudne pytania, powiedziała, i się uśmiechnęła.
Chcesz umrzeć z miłości?
< wyciąga dłoń >
Chcesz umrzeć z miłości?
< wyciąga dłoń >
czwartek, 15 kwietnia 2010
Czas.
Czasami jest tak, że ledwie się odzywasz. Czasami bywa tak, że ledwo daję radę dostrzec niebo. Ja wiem co zrobiłeś. Codziennie patrzę w pustynię. Powoli już kocham wymarłe piękno połyskującego piasku.
Wiedza to balast, którego nienawidzisz, i który cenisz bardziej niż cokolwiek na świecie. Ty będziesz miał dziecko, w które będziesz chciał zapisać całą swoją wiedzę, jak w kalkę, jak w dysk twardy. Tylko po to stworzysz. Zero-jedynkowo.
A potem zobaczysz, że się pomyliłeś.
Te komputery też są wadliwe.
< Zaplata palce w oczekiwaniu. Koronkowo, jak w geście ostatniej dojrzałości. >
Wiedza to balast, którego nienawidzisz, i który cenisz bardziej niż cokolwiek na świecie. Ty będziesz miał dziecko, w które będziesz chciał zapisać całą swoją wiedzę, jak w kalkę, jak w dysk twardy. Tylko po to stworzysz. Zero-jedynkowo.
A potem zobaczysz, że się pomyliłeś.
Te komputery też są wadliwe.
< Zaplata palce w oczekiwaniu. Koronkowo, jak w geście ostatniej dojrzałości. >
środa, 14 kwietnia 2010
Jasność.
< koci uśmiech > oblizuje palce ociekające sokiem z pomarańczy, kończącym się na czubku języka cierpkawym smakiem łapczywego miąższu. W mojej głowie zawitało spienione lato, dobrobyt słońca, napuszone zboża, ociężałe purpurą maliny.
Coś pękło z wielkim zgrzytem, zerwana struna uciekła w powietrze jak jedwabny szal.
Już będzie dobrze. Już będą dobre budyniowe historie na dobranoc, choć do wanilii nie wrócę już nigdy.
Czai się we mnie prawdziwa ja. Czekam z uśmiechem aż wróci.
Jutro zdejmują mi szwy.
< nieśmiałość >
Coś pękło z wielkim zgrzytem, zerwana struna uciekła w powietrze jak jedwabny szal.
Już będzie dobrze. Już będą dobre budyniowe historie na dobranoc, choć do wanilii nie wrócę już nigdy.
Czai się we mnie prawdziwa ja. Czekam z uśmiechem aż wróci.
Jutro zdejmują mi szwy.
< nieśmiałość >
niedziela, 11 kwietnia 2010
Blizny.
Czy można wypruć z siebie gniew? Głębokim ściegiem usunąć wszystkie żyły i chrząstki w skórze pełnej do Ciebie nienawiści?
Chcę żeby wypłynął ze mnie w końcu wściekłą rzeką, bryzgając ściany i mnie samą aż po kolana, jak w momencie sikania pod prysznicem. Ból kontrolowany przeze mnie samą nie będzie tak bolesny, jak wtedy, kiedy rozłożoną na stole tną mnie oni. Krew będzie gorąca, a nie omdlewająca jak wtedy, kiedy cieknie mi omdlewającą strużką po plecach, stygnąc powoli w chłodnym powietrzu ambulatorium, przyprawiając o mdłości. Nikt nie założy mi niebieskich szwów, których będę wstydzić się już całe życie.
Dwa tysiące dziesiąty rok nienawiści. Samoloty lecą z nieba, ciało pokrywa się swędzącymi pęcherzami, żołądek jest kulą ognia a organy mające dać owoc gniją. Ludzie odmawiają sobie miłości.
A Tych z których się śmiali, nazywają bohaterami. Wystarczy tylko umrzeć.
< noszę was na wierzchu, na ciele wypełnionym mlecznie przez wasze urągające członki. nikt już nie powinien się śmiać. >
Chcę żeby wypłynął ze mnie w końcu wściekłą rzeką, bryzgając ściany i mnie samą aż po kolana, jak w momencie sikania pod prysznicem. Ból kontrolowany przeze mnie samą nie będzie tak bolesny, jak wtedy, kiedy rozłożoną na stole tną mnie oni. Krew będzie gorąca, a nie omdlewająca jak wtedy, kiedy cieknie mi omdlewającą strużką po plecach, stygnąc powoli w chłodnym powietrzu ambulatorium, przyprawiając o mdłości. Nikt nie założy mi niebieskich szwów, których będę wstydzić się już całe życie.
Dwa tysiące dziesiąty rok nienawiści. Samoloty lecą z nieba, ciało pokrywa się swędzącymi pęcherzami, żołądek jest kulą ognia a organy mające dać owoc gniją. Ludzie odmawiają sobie miłości.
A Tych z których się śmiali, nazywają bohaterami. Wystarczy tylko umrzeć.
< noszę was na wierzchu, na ciele wypełnionym mlecznie przez wasze urągające członki. nikt już nie powinien się śmiać. >
Subskrybuj:
Posty (Atom)
